wtorek, 13 grudnia 2011

Z życia małej Sophie

.... Była utrapieniem dla samej siebie, bo od kiedy pamiętam gryzło ją coś w środku i nie dawało spokoju.
Nie była inna.....śliczna buzia pod deszczem czarnych loków, normalna dziewczynka... 
Eh te czarne tatusiowe oczęta..... jakież bystre i ciekawskie.... Widziały więcej.... 
Po cóż takiej ośmiolatce tyle widzieć i wiedzieć??
Żeby ją głowa rozbolała? albo co gorsza spuchła od natłoku wrażeń i doznań...
 Kiedy ją widywałam była zawsze zajęta, albo sklejała domki z pudełek albo zbierała liście wokół domu na działce. Raz składała krasnale z jabłek. Na to chyba sama nigdy bym nie wpadła.
 Takie coś z niczego. 
Krasnale brały potem udział w podwórkowych teatrzykach na które przychodziły dzieci z sąsiednich blokowisk.

Zapach tego lata pamiętam do dziś...... kiedy mała Sophie wybrała się z rodzicami w niezbyt odległy zakątek spokoju. Był zielony piękny i jeszcze wtedy dziewiczy, nie spaprany odchodami wielkiego świata. 
Dla małego dziecka drzewa są niczym sekwoje, a małe jeziora jak największe oceany  świata i ta ogromna przestrzeń w której można się niemalże utopić.
 Wyobraźcie sobie taką sekwoje w duszy takiej drobnej dziewczynki, albo te oceany... ile ona tego w swoim serduszku nosiła. 
 A zbierała wszystko co tylko zdołała ze sobą zabrać , nawet zapach trawy po deszczu jak wtedy parowała w upale lata.
 Miała tez swój mały ulubiony potoczek w którym lubiła stać i przyglądać się jak woda głaszcze jej malusie paluszki. Ten potok wypływał z lasu przecinał drogę i znikał dalej w zaroślach, tworzył jakby granicę do tego jej "gdzie indziej"