.... Była utrapieniem dla samej siebie, bo od kiedy pamiętam gryzło ją coś w środku i nie dawało spokoju.
Nie była inna.....śliczna buzia pod deszczem czarnych loków, normalna dziewczynka...
Eh te czarne tatusiowe oczęta..... jakież bystre i ciekawskie.... Widziały więcej....
Po cóż takiej ośmiolatce tyle widzieć i wiedzieć??
Żeby ją głowa rozbolała? albo co gorsza spuchła od natłoku wrażeń i doznań...
Kiedy ją widywałam była zawsze zajęta, albo sklejała domki z pudełek albo zbierała liście wokół domu na działce. Raz składała krasnale z jabłek. Na to chyba sama nigdy bym nie wpadła.
Takie coś z niczego.
Krasnale brały potem udział w podwórkowych teatrzykach na które przychodziły dzieci z sąsiednich blokowisk.
Dla małego dziecka drzewa są niczym sekwoje, a małe jeziora jak największe oceany świata i ta ogromna przestrzeń w której można się niemalże utopić.
Wyobraźcie sobie taką sekwoje w duszy takiej drobnej dziewczynki, albo te oceany... ile ona tego w swoim serduszku nosiła.
A zbierała wszystko co tylko zdołała ze sobą zabrać , nawet zapach trawy po deszczu jak wtedy parowała w upale lata.
Miała tez swój mały ulubiony potoczek w którym lubiła stać i przyglądać się jak woda głaszcze jej malusie paluszki. Ten potok wypływał z lasu przecinał drogę i znikał dalej w zaroślach, tworzył jakby granicę do tego jej "gdzie indziej"